|
Wspomnienia Jurka
21-04-2010 o godz. 14:25:04
Nadesłane przez jurekwartenberg
Mam nadzieję, że z tych moich wspomnień inspirowanych chwilą, przeżyciem - coś pożytecznego wyniknie. Chciałbym poopowiadać Wam o "starej 305-tce", o naszej historii, o ideałach i wartościach, o sukcesach i porażkach naszego Szczepu i o tym, co moim zdaniem ważne w życiu. Jurek Wartenberg - komendant Szczepu 305 WDHiZ 1973 - 2011
4 marca 2011
Jak trafiłem do 305-tki
Było lato 1972 roku. Na obozie Szczepu 109 pełniłem funkcję komendanta obozu w zgrupowaniu Hufca Wola. Miałem 18 lat i głowę pełną marzeń i ideałów. Zgrupowanie było straszne. Obozy rozrzucone na olbrzymim terenie mazurskich lasów koło Szczytna, bardzo trudne do pilnowania. Warty w podobozach , w zgrupowaniu , w magazynach, w kuchni były co trzecią noc. Byliśmy bardzo, bardzo zmęczeni. I do tego głodni, bo jedzenie było okropne i było go mało. Już po tygodniu wyczerpały się zapasy przywiezionych z domu i ukrywanych w namiocie konserw. Mój zastęp , najstarszy w obozie, był często wykorzystywany do nocnego mieszania rękami masła z margaryną, by wszyscy myśleli, że to masło. A wtedy margaryna była wstrętna, nie to co dzisiejsze margaryny i masłopodobne. Po 10 dniach na obóz dojechała ówczesna komendantka Szczepu i przejęła ode mnie komendanturę, a ja wróciłem do mojego ukochanego zastępu. Chcąc ulżyć młodszym dzieciakom w obozie , wycofaliśmy ich z nocnych wart w magazynach i kuchni. Mój zastęp pełnił wszystkie warty za nasz obóz, by młodsi mieli więcej nocy przespanych. To był niezły kabaret. Ja najczęściej pilnowałem od 22.oo do 7.oo magazynu żywności. Wyglądało to tak, że kładłem się na ziemi, a nogi i ręce przywiązywałem do narożnikowych zapałek namiotu i spałem. Jeśli ktoś próbował ukraść coś do jedzenia,/wcale im się nie dziwiłem wszyscy byli głodni/ to linki przywiązane do moich rąk i nóg budziły mnie i darłem się " spadaj" i znowu zasypiałem. W czasie dni obozowych , w których nic się nie działo, często lasami , po słupkach z numerami działek leśnych ganialiśmy do sklepu we wsi Jeleniewo i kupowaliśmy coś do żarcia. Zaopatrywaliśmy w ten sposób cały nasz obóz. Ale czasem, ktoś z kadry zgrupowania zauważał nas jadąc przez wieś samochodem i trzeba było , pędzić lasem na złamanie karku, by być przed nim w obozie. Na szczęście nasz skrót lasem wystarczał, by być pierwszym przed samochodem jadącym okrężnymi drogami. Zwoływano apel, ale stan się zgadzał, choć niektórzy byli troszkę zadyszani. No, ale stało się ! Jedna z harcerek naszego zastępu miała czasem chwilowe utraty przytomności. Któregoś dnia poszła do lasu pomarzyć/ była zakochana w druhu z obozu z Bemowa/ i zemdlała. Nie wróciła na obiad i zaczęliśmy jej szukać. Znaleźliśmy, ale nasza komendantka, która Grażyny bardzo nie lubiła, podjęła w międzyczasie decyzję z komendantem zgrupowania o usunięciu Grażyny z obozu. Zaczął się bunt naszego obozu. Nie pozwolimy , by wyrzucono Grażynę. Komendantka powiedziała " to wszyscy wyjedźcie z nią" W ciągu godziny byliśmy spakowani i czekaliśmy na plecakach na placu apelowym. Tego się nie spodziewali. Szybko wezwali Komendanta Hufca, przebywającego z wizytacją w pobliżu. Po kilku godzinach przyjechał i zaczęło się. Ustawieni w szeregu przed nim zaczęliśmy być straszeni - straszono wywaleniem ze szkół, wyrzuceniem Rodziców z pracy, wyrywano krzyże z mundurów. Jarek brat Grażyny prawie oberwał w twrz, gdy bronił siostry. Młodsze dzieci zaczęły płakać, więc wydałem rozkaz "w tył rozejść się" / w Warszawie pełniłem funkcję zastępcy Komendanta Szczepu ,wynikało to z połączenia mojej drużyny 104 ze Szczepem 109/ i dlatego pozwoliłem sobie na takie zachowanie. Trochę to zaskoczyło nasze władze i nic nie zrobiły. A my odbyliśmy naradę z dzieciakami i przekonaliśmy ich, by zostali na obozie, a tylko my wyjedziemy. Powiedzieliśmy o tym Komendantowi Hufca i zgodził się. Myślę teraz ,że się bał, bo wyjazd całego obozu mógł zwrócić uwagę społeczną, że było coś nie tak. A przypominam, że dwa lata wcześniej był GRUDZIEŃ 1970. Powiedział nawet, że darowuje nam wszystkim i wraca wszystko do normy. Kłamał, bo kazał w nocy otoczyć nasz obóz harcerzom z innych obozów i pilnować nas z zapałkami i kijami w rękach, byśmy komuś nie dołożyli. A my grzecznie spaliśmy nie wiedząc o tym i nie wiedząc , że poszły do naszych Rodziców telegramy " PROSZĘ NATYCHMIAST PRZYJECHAC W SPRAWIE SYNA/CÓRKI". Po otrzymaniu takiego telegramu w nocy, jedna z mam dostała zawału, a inni ruszyli na obóz myśląc o najgorszym. Pierwszy dotarł motocyklem ojciec Włodka Leśniaka, zawodowy oficer, moja mama była druga przywieziona służbowymi samochodami NBP / mój tata był dyrektorem w NBP/. Potem dotarli pozostali i zabrali nas / wyjechało 7 osób - mój zastęp/. Brudni, wychudzeni i rozgoryczeni, dalszą część wakacji spędziliśmy myśląc co dalej będzie. We wrześniu zaczęliśmy walkę o powrót do harcerstwa, bo rozkazem zgrupowania nas wyrzucono. Ale Hufiec nas wyrzucił,gdy przyszliśmy walczyć o powrót do szczepu, Chorągiew nie chciała rozmawiać, a Główna Kwatera trzymała ich stronę. Byliśmy zdruzgotani ! Co robić ? I wtedy dyrektor szkoły 161, który mnie lubił powiedział " Powiedzcie Partii, że czujecie się skrzywdzeni, oni przecież stawiają na młodzież". I tak zrobiliśmy. Poszliśmy do Komitetu dzielnicowego PZPR i opowiedzieliśmy wszystko. W ciągu tygodnia zwolniono Komendanta Hufca, Chorągwi i Naczelnika ZHP/ wszyscy byli członkami Partii/. A nam oddano krzyże, przeproszono nas i naszych Rodziców.
Ale nasz szczep biernie przyglądał się wszystkiemu, a niektórzy nawet skorzystali z okazji i pod naszą nieobecność zmienili wiele dotychczasowych zasad i zrobili z nas wichrzycieli. Poszliśmy na zbiórkę w październiku i mimo radości dzieciaków na nasz widok, zrobiliśmy to, co wydawało nam się słuszne. Odeszliśmy ze 109-tki i z harcerstwa. Następne wakacje spędziliśmy po cywilnemu. Ja i Włodek Leśniak pojechaliśmy na kolonie letnie jako instruktorzy sportu i bawiliśmy się z cywilami. Inni pojechali do rodzin, na kolonie, na wieś. Spotykaliśmy się tylko w przelocie na podwórkach opowiadając wrażenia. Było fajnie, ale nie tak jak na obozach harcerskich. Czegoś nam brakowało. We wrześniu 1973 roku na prośbę mojej kuzynki, Joli Filarskiej, wtedy z-cy dyr. SP 106 / zamordowanej kilka lat później/, podjąłem się ruszyć jej podupadające harcerstwa. I tak trafiłem na Żoliborz do wspaniałej Komendantki Hufca dh.Bożenny Strzałkowskiej, która do dziś dnia opiekuje się mną, cieszy moimi radościami, martwi kłopotami - jest dla mnie wzorem Komendanta Hufca, wzorem Instruktora Harcerskiego. Dziękuję Ci druhno za wszystko, co dla mnie zrobiłaś przez 38 lat.
1973 -2011
Jurek
21 listopada 2010
Historia "wolskiego desantu" na 305-tkę
W deszczowy dzień we wrześniu 1973 roku /miałem wtedy 19 lat i byłem w klasie maturalnej Technikum Mechaniczno-Hutniczego przy Hucie Warszawa/ wszedłem do lokalu Hufca Warszawa Żoliborz przy ul. Gdańskiej 2.Poprosiłem o rozmowę z komendantem hufca. Po chwili poproszono mnie do pokoju, w którym Komendantka Hufca dh. Hm Bożenna Strzałkowska spytała o co chodzi. Powiedziałem , że jestem harcerzem i chciałbym działać w Hufcu Żoliborz, bo nie chce być już w Hufcu Wola. Widocznie dh. Strzałkowska trochę wiedziała o moich losach / o moich wolskich losach w 104 i 109 szczepach opowiem kiedy indziej/, bo po chwili spytała czy nie chciałbym spróbować poprowadzić Szczep 305. Byłem zaskoczony, lecz bez wahania odpowiedziałem „tak”.
Szczep 305 – dużo powiedziane. Gdy w piątek pojechałem, po cywilnemu, na rekonesans na ul Nocznickiego 9 do Szkoły Podstawowej 106 i przypadkowo trafiłem na zbiórkę „szczepu” trochę się zdziwiłem. Na zbiórce były dwie przyboczne i 5 dzieci. Przez godzinę druhny opowiadała jak to będzie fajnie za tydzień , za dwa ……i zbiórka się skończyła. Zostaliśmy we trójkę i ujawniłem dziewczynom kim mam być dla nich. Czułem się bardziej w tej chwili zastępowym niż drużynowym , a co dopiero komendantem Szczepu. Po powrocie do domu zastanawiałem się od czego zacząć. Dwie druhny przyboczne harcerskie, zero kadry do zuchów. Wiedziałem od nich, że kilka lat temu był to dobry szczep, że w 1972 roku był na obozie w Dłużku, że komendantem był Wojtek Traczewski / spotykam się z nim czasem na Palmirach lub w Korsarzu/.
Podjąłem decyzję – na początek ściągnę kadrę z mojego dawnego szczepu i pomogą mi ruszyć „towarzystwo” zuchowo- harcerskie. Wiedziałem, że będzie to trudne, bo jeśli w środowisku następuje załamanie działań harcerskich, to wyjść na plus z salda i opinii ujemnej jest ciężko. Trzeba przełamać uprzedzenia i rozczarowania szczególnie małych dzieci zawiedzionych upadkiem drużyn. Pogadałem z moimi przyjaciółmi z Woli i zaczęliśmy działać. Przyjazdy ekipy z Woli były wtedy trudne. Bemowo było lotniskiem i jeździło się z Woli na Żoliborz przez Śródmieście. Czasem wracaliśmy późno po zbiórkach taksówkami.
A było nas na trzy, gdy kogoś nie było, na dwie taksówki : Hania i Michał Popielińscy, Irena i Maciej Wiewiór, Ewa i Andrzej Staniszewscy, Hania Cudna , Ania Mańkowska i Ja.
Hania i Ania poprowadziły ze mną pierwszy obóz w 1974 roku nad jez. Czyste koło Wdzydz Kiszewskich. Do dziś na spotkania „starej” 305-tki i Kręgu 30,5 przychodzą Wiewiórowie. Irena Wiewiór nazywa się obecnie z męża Małczuk, a jej córka była przez kilka lat harcerką w naszym szczepie. W szkole mieliśmy wielkie wsparcie w dyrekcji 106-tki, szczególnie w
z-cy dyr. Joli Filarskiej i opiekunie harcerstwa z ramienia Rady Pedagogicznej szkoły, nauczycielu matematyki Romanie Kotowiczu. Zaczęło się nasze wspólne działanie zuchowe i harcerskie, rajdy, biwaki. Jeśli coś ciekawego działo się w Warszawie , organizowaliśmy wyjście dla chętnych. Ponieważ były to czasy „gitowców”, subkultury dość trudnej wychowawczo, duży nacisk położyliśmy na zapewnienie naszym zuchom i harcerzom bezpieczeństwa na osiedlu po zbiórkach. Po krótkim czasie mieliśmy już dobrą opinię na osiedlu i nikt nie zaczepiał naszych dzieciaków. Myślę , że starsza, agresywna często młodzież , doceniała nasze działania dla małych dzieci, by nie stali się podobnymi do nich. Do dziś wspominam mecze rozgrywane z osiedlem w ramach HKS-ów w siatkówkę i piłkę nożną. Harcerze kontra Osiedle – bez przekleństw, brutalności, sportowo.! Otwarte dyskoteki dla wszystkich chętnych zapewniły nam przychylność Rodziców, widzących w tym sposób oddziaływania na ich często trudne dzieci oraz zajęcie im czasu, by z nudów nie rozrabiały.
Było dobrze ! Po roku było nas już ponad 50 w trzech drużynach, a po dwóch latach przekroczyliśmy 100-tkę. Po dwóch latach mieliśmy już pierwszych przeszkolonych przez Hufiec drużynowych z osiedla naszej szkoły i stopniowo mój wolski desant mógł wycofywać się z pierwszej linii działań. Niektórzy z nich odeszli z harcerstwa, inni pomagali stojąc trochę z boku lub rozpoczynając działania ogólnoszczepowe. W tych latach pojawił się Harcerski Klub Turystyczny „Łaziki” z plakietką projektowaną przez Maćka Wiewióra (on projektował też plakietkę „Szczep 305 Dziękuje”), Harcerski Klub Sportowy „Aut” odnoszący wiele sukcesów w zawodach sportowych harcerskich, było ich wtedy bardzo dużo, a także w rywalizacji sportowej Warszawy. Irena Wiewiór /Małczuk/ była najdłużej w 305 z mojej starej ekipy i myślę, że jest jeszcze wiele osób pamiętających Ją. Mam nadzieję, że będzie na spotkaniu kręgu 30,5 / trzeba mieć skończone 30 lat i 5 miesięcy/ 11 grudnia i będę mógł kolejny raz powiedzieć jej dziękuję Ci, a na Twoje ręce składam symboliczne podziękowania dla całej wolskiej ekipy. Bez Nich nie udałoby się tak szybko zbudować wtedy podwalin pod dzisiejszą potęgę 305-tki.
10 września 2010
„Nie jestem w stanie kierować szczepem w którym nie jestem wodzem ! To trudna dla mnie decyzja, ale muszę coś z tym zrobić. Są dwa wyjścia .
Pierwsze .Jeśli nie jestem wodzem dla mojej kadry, to muszę zacząć od nowa / może nawet w innym składzie / i przekonać się czy jestem coś wart i czy potrafię wymagając wiele, być jednocześnie przez nich lubianym i szanowanym
Drugie. Moja kadra musi postawić zdecydowanie na innego wodza i powiedzieć mi - „Tobie Jurek już dziękujemy””
To cytat z mojego poprzedniego wspomnienia. Staje się bardzo aktualny w momencie , gdy część mojej kadry jest za radykalnymi zmianami w Szczepie, niszczącymi dorobek mojego 37 letniego kierowania 305-tką. Gdy słyszę , że rajdy są za często / raz w miesiącu/ i część kadry twierdzi, że nie ma czasu co miesiąc , iść z dziećmi na rajd – myślę kto tu jest dla kogo. Jeśli nie masz czasu działać tak jak działano, gdy Ty byłaś/eś dzieckiem – to może daj sobie spokój w 305-tce.Jest grupa kadry , której zaczyna się wszystko nie podobać. Rajdy są za często, mundury złe, system pracy szczepu za „trudny” dla kadry, komendant Szczepu ma być „pajacykiem” do wykonywania zachcianek drużynowych, otwórzmy naszą szkołę na hufcowe poczynania / a może w ogóle przenieść Hufiec do naszej szkoły !?/ - to mówię dość !!!!!!
To ja ponoszę odpowiedzialność prawną za prowadzenie Szczepu / patrz załącznik do Instrukcji działania szczepu ZHP/ i nie będę firmował działalności na którą nie mam mieć wpływu. Na przykład rajdy – do tej pory Rodzice wiedzieli w którą sobotę są rajdy / drużyn, szczepu, mieszane itp./i mogli zaplanować swój czas z dziećmi. Co będzie jeśli każda drużyna w Szczepie będzie działała na własną rękę i sama ustalała co jej się podoba robić. ? Co wtedy z innymi terminami np. reprezentacji, służb, prac w magazynach, udziału w festynach i innych imprezach zewnętrznych. A jeśli za chwilę któryś drużynowy uzna , że nie podoba się jemu obecna harcówka ,tradycja nic go nie obchodzi i przerobi harcówkę na salę z ławkami, tablicą korkową i oczywiście nową nazwą drużyny, bo stara jest nudna po 25 latach.
Póki ja jestem Komendantem Szczepu 305 , będę bronił tradycji tego środowiska i wypracowanych przez wiele pokoleń zwyczajów, sposobów i metod działania. Uważam, że nasze działania udowodniły , że idziemy w dobrym kierunku. Przez wiele lat 305-tka stanowiła zwarte i silne środowisko harcerskie, dla wielu innych środowisk będące przykładem dobrej roboty i wzorem.
W imię czego mamy to zmieniać. Jeśli ktoś uważa, że źle mu w tak działającym środowisku – powinien zmienić środowisko i udowodnić , że jest wspaniałym instruktorem zaczynając od zera. Bo teraz, wielu instruktorów zapomniało, że startuje z uprzywilejowanej pozycji drużynowego, któremu ktoś zrobił harcówkę, zapewnia otwartą szkołę, podaje prawie na tacy Akcję Zimową i Letnią, zapewnia pieniądze na działanie drużyny i nie tylko …..
Piszę te słowa, licząc na dyskusję na temat działania Szczepu, wodza w szczepie , jego roli w kierowaniu 305-tką, relacji z podwładnymi, zakresu praw i obowiązków.
Niech wypowiedzą się zuchy, harcerze, instruktorzy, a przede wszystkim Rodzice posyłający na zbiórki swoje „skarby”
Nie mnie oceniać, jak kierowałem i kieruję 305-tką. Od tego są inni.
Za tydzień mogę złożyć sznur komendanta, jeśli taka będzie wola Rady Szczepu, ale nie oznacza to , że przestanę walczyć o „moją” 305-tkę / tzn. taką jaką tworzyłem 37 lat /.
„Mam szczerą wolę całym życiem…………..”
18 czerwca 2010
Dziś był dla mnie bardzo przykry dzień. Moja kadra uświadomiła mi, jak bardzo się od siebie oddalamy. Dyskusja na temat imienia dla drużyny wędrowniczej poruszyła we mnie czułe struny. Czym się różni imię od nazwy ?
Imię przyjęte przez jakąś jednostkę / drużynę , szczep, szkołę/ to świadome kontynuowanie czyjejś myśli, idei, wzorowanie się na postawie bohatera. Przyjmując imię „Obrońców Żoliborza” AK Żywiciel , zależało nam na łączeniu wszystkich zuchów , harcerzy, / później harcerzy starszych i wędrowników / pod jedną nazwą. Bardzo długo przygotowywaliśmy się do przyjęcia imienia. Poznawaliśmy wszystkie oddziały - Żmija, Żbik, Żyrafa, Żubr, Żniwiarz, Żaglowiec – ich historie i rejony walk. Myśleliśmy jak zaprojektować plakietki na mundury, by nas łączyły. By przechodzenie z drużyny do drużyny, wiązało się z poznaniem następnego oddziału Żywiciela. Proporce ufundowane przez żołnierzy Żywiciela były swego rodzaju nagrodą za kierunek w którym podążaliśmy, często wbrew panującej modzie i naciskom odgórnym. Nie przyjęliśmy za to świadomie żadnych imion dla klubów, kręgów i innych jednostek Szczepu. Uznaliśmy kiedyś , że wystarczy nam „Żywiciel” ze swymi bohaterskimi kartami historii dla pracy z dziećmi, zuchami, harcerzami. Imię przyjęte przez nas miało być związane personalnie z wychowywanymi dziećmi na danym poziomie wiekowym, a nie z jednostkami szczepu, które ulegają modyfikacjom / wynikającym np. z reform oświaty /. Moim zdanie tak przyjęte rozwiązanie sprawdzało się do tej pory i mimo czasem pewnych braków / znajomości historii przez nasze „dzieci”/ dobrze funkcjonowało w naszych działaniach/ Msze za Żywiciela, Pasowanie na Powązkach,/
Nazwa to określenie w „co się bawimy” w drużynie , klubie , kręgu. Nazwy drużyn „Oceania” ,,Rycerska Brać” „Rzeka”, „Krasnoludkowy Ród” to obrzędy, zwyczaje, stroje , zabawy jednoczące w zabawie, ale i określające pewne cechy przyjmowane za wzór przez członków wspólnoty. Nazwy klubów kiedyś prężnie działających w 305-tce HKS „Aut”, HKT „Łaziki”, HSI „ Migawka” były nazwami jednoczącymi nas w działaniu. Byliśmy dumni, że mówi się o zwycięstwach HKS Aut, rajdach świętokrzyskich HKT Łaziki. Krąg Instruktorski nosił i nosi nadal w szczepie NAZWĘ , a nie imię Jerzyki. Miałem nadzieję i wierzyłem , że w tej nazwie było trochę mnie, bo mam na imię Jerzy. A może się mylę ? Może instruktorzy , którzy służyli w 305-tce i zakładali wiele lat temu Krąg Instruktorski nie widzieli związku miedzy tą nazwą a mną ! Bo obecni na pewno nie widzą takiego związku, dali mi to dzisiaj odczuć. Nie jestem w stanie kierować szczepem w którym nie jestem wodzem ! To trudna dla mnie decyzja, ale muszę coś z tym zrobić. Są dwa wyjścia .
Pierwsze .Jeśli nie jestem wodzem dla mojej kadry, to muszę zacząć od nowa / może nawet w innym składzie / i przekonać się czy jestem coś wart i czy potrafię wymagając wiele, być jednocześnie przez nich lubianym i szanowanym
Drugie. Moja kadra musi postawić zdecydowanie na innego wodza i powiedzieć mi - „Tobie Jurek już dziękujemy”
17 maja 2010
Za 40 dni wyjeżdżamy na obóz ! Pamiętam pierwszy obóz , który prowadziłem jako komendant 305-tki. Rok 1974 – Liwa Młyńska koło Prabut. Zgrupowanie Hufca prowadziła Katarzyna Wojdylak, a kwatermistrzem był jej mąż Tadeusz (śp). W kadrze poza mną były dwie moje harcerki ze szczepu 109 z Woli Hania Cudna i Ania Mańkowska. Obóz budowaliśmy przy użyciu siekiery, łopaty, saperki i dwóch młotków. Nie spodziewałem się, że nie będzie sprzętu pionierskiego , bo obiecywano że jest go pod dostatkiem. Jakoś zbudowaliśmy obóz , ja rozstawiłem swojego „niemca” / bardzo stary namiot dwuosobowy na masztach drewnianych – mam go do dziś !!!/ i zaczęliśmy zajęcia programowe. Nasz obóz bardzo dużo chodził na rajdy. Punktacja zastępów była tygodniowa i zastęp , który wygrywał rywalizację sam decydował , gdzie chciał iść na rajd. Ja chodziłem jako opieka , a moje dziewczyny zajmowały się wtedy obozem. Wygrywał co tydzień ten sam zastęp – Wieśka Capały, w którym o ile dobrze pamiętam było trzech braci Lias./ ciekawe co u nich teraz słychać ?/ Zastępowym tego zastępu był Michał Popieliński z mojej dawnej drużyny 109 z Woli. Z jednego z wypadów bardzo spieszyliśmy się do obozu, bo miała być zupa jagodowa ,która wszyscy bardzo lubiliśmy. Na szczęście spóźniliśmy się mimo podwózki ciężarówką / teraz wiem , że wbrew przepisom , nie wolno jeździć autostopem/ Dlaczego na szczęście ? Bo okazało się , że całe zgrupowanie zatruło się prawdopodobnie jagodzianką na śmietanie. A my jako jedyni zdrowi przez dwa dni pełniliśmy warty nocne i karmiliśmy chorych bułeczkami i kaszką / dieta/.
Warty nocne nie były na tym obozie takie jak obecnie. Obóz podchodzili miejscowi chuligani, często mający pretensje do nas Polskich Harcerzy, za to co zrobiono po 1968 roku z miejscową ludnością mazurską i warmińską. A przecież to nie my byliśmy winni, że kazano wielu z nich wyjeżdżać do Niemiec. Było tak ostro, że w niektóre noce obozu pilnowała Milicja. Bardzo się bały nasze harcerki, co skrzętnie wykorzystywali harcerze „czułą opieką” otaczając wystraszone dziewczęta. Obóz był bardzo dobry i zarówno harcerze z 305-tki jak i dołączonych kilka osób ze 119 wdh mile go wspominali i wrócili zadowoleni. Dodam tylko, że rok później 305 pojechała na swój pierwszy samodzielny obóz na Kaszuby nad jez. Czyste koło Wdzydz Kiszewskich.
Ja po tym pierwszym obozie z Żoliborzem zostałem doceniony przez komendantkę zgrupowania Kasię Wojdylak i Tadka. Na Jej wniosek na podsumowaniu HAL – 1974 w dniu 07.09.1974 otrzymałem drugi stopień instruktorski Przewodnika.
Do dziś Kasia i Tadek są moimi niedoścignionymi wzorami Instruktorów, ale przede wszystkim Wspaniałymi ludźmi.!!!
Pierwszym stopniem instruktorskim był w tamtych czasach stopień Organizatora / można go było dostać mając 16 lat/ a ja dostałem go i złożyłem zobowiązanie instruktorskie 27 stycznia 1974 roku po Zimowisku w Murzasichlu /niektórzy wiedzą nawet w którym domu było to zimowisko, bo będąc wielokrotnie w ostatnich latach pokazuję dom drewniany na łuku drogi w Murzasichlu, gdzie odbywało się zimowisko szkoleniowe Hufca Warszawa Żoliborz/.
Zastanawiam się czasem, czemu obecne obozy i zimowiska tak mało czerpią wiedzy od dawnych instruktorów i harcerzy. Pionierka, zdobnictwo to elementy tworzone i rozwijane latami. Program może się trochę zmienić, ulec modyfikacji, dopasować do obecnych czasów / oby tylko nie za bardzo się dopasował – kawiarenki internetowe na obozach, to jak dla mnie przekreślenie idei obcowania z przyrodą, puszczaństwa, harcerskiego surviwalu.
Proszę Was instruktorzy 305tki, harcerze – szukajcie starych zdjęć bram, obozów, zdobnictwa…..Rozmawiajcie z Waszymi Rodzicami, znajomymi, którzy byli „dawnymi” harcerzami o tym jak wtedy było, co i jak robili na obozach. „Odkurzmy” stare wzorce, sięgnijmy do zapomnianych zabaw harcerskich – od 100 lat tworzyli je Wielcy i Mali uczestnicy ruchu harcerskiego w Polsce, wśród nich ludzie będący w zasięgu Waszej ręki.
30 kwietnia 2010
Dużo pytań, to zagubienie, niepewność…….
Jestem od wielu lat komendantem szczepu i byłem wielokrotni komendantem obozów, kolonii i zimowisk. To ja podpisuję się pod oświadczeniem o odpowiedzialności za wszystkich mi podległych harcerzy, zuchów, instruktorów. Dlaczego więc moje władze hufcowe nie maja do mnie zaufania po tylu latach służby! Czy prowadzę źle Szczep 305 ?
Czy moje zimowiska, obozy kolonie były źle oceniane przez uczestników, ich Rodziców i władze Związku ?
Pytam więc – dlaczego kadra za którą ja odpowiadam, musi zaliczać plany pracy swych działań , realizowanych przypomnę pod moim kierownictwem, u władz hufcowych. Czy nie jest to okazywanie mi braku zaufania ? Czy namiestniczka hufcowa lub inna osoba oceniająca, zatwierdzająca plany pracy moich drużynowych odpowiada za ich działania na wyjazdach, zbiórkach i rajdach ? Dlaczego tak się dzieje w harcerstwie, że nie ma jasnych kryteriów zwierzchnictwa , a co za tym idzie i odpowiedzialności.
Odpowiedź jest moim zdaniem prosta.
Bo władza zapomina, kto tu jest dla kogo ! W organizacji jaką jest harcerstwo / i nie tylko../, „doły „ poradzą sobie bez „góry”, ale „góra” nie ma racji istnienia jeśli nie ma „dołów”.
Szczepy powstają po to , by wspólnie działać, pomagać sobie i zmniejszać koszty. Po co powołuje się komendanta Szczepu, jeśli we wszystkim omija się go docierając do jego podwładnych, jeśli w wielu sytuacjach okazuje mu się brak zaufania.
A przy okazji – czy to , że szczepy są każdy inny – to źle ? Czy stare mundury noszone przez 305-tkę mają wpływ na poziom innych drużyn i szczepów w naszym Hufcu, Chorągwi i Związku ? Przeszkadzamy komuś w realizowaniu jego postanowień, działań , tym , że mamy swoje zwyczaje, tradycje, swoją strukturę i wzajemne relacje. Nie zawsze są one poprawne, ale są nasze i my je tworzymy !!!.
Dziwne , ale nie spotkałem się z krytyką działań naszego środowiska wyrażaną przez innych drużynowych , komendantów szczepów. Za to często przeszkadzam moim bezpośrednim władzom , Komendzie Hufca. Duża liczba organizowanych przez nas wyjazdów wakacyjnych, zaczyna być solą w oku dla niektórych…A przecież w nowym statucie ZHP jest wyraźny dopisek o wychodzeniu przez harcerstwo z inicjatywami do tzw. „cywili”.
To ,że na naszych koloniach integracyjnych odpoczywa dużo dzieci z wielu Domów Dziecka, dużo naszych zuchów i harcerzy , którym nie pasuje akurat termin obozu harcerskiego i kolonii zuchowej, dużo dzieci naszych dawnych harcerzy i przyjaciół – to coś złego. Te kolonie i obozy prowadzą specjaliści od wychowania, nasi dawni i obecni instruktorzy harcerscy. Prowadzimy je w oparciu o metodykę harcerską, zasady dobrego wychowania, tradycyjne wartości. Z roku na rok jest coraz więcej chętnych na wyjazdy z 305-tką.
To chyba dobrze ?
Wielu z naszych kolonistów „cywili” zostaje zuchami , harcerzami , a zdarza się że i instruktorami. Czy to źle ?
A może robimy to dla pieniędzy ? A może ja , Jurek Wartenberg komendant Szczepu 305 i Szef Akcji Letniej i Zimowej, zarabiam na nowy samochód ? Jeśli, ktoś takie plotki rozsiewa, niech ma odwagę powiedzieć mi to w twarz, a nie za moimi plecami, w lokalu Hufca, w którym ja przebywam tylko wtedy, gdy muszę ! Internetowe nicki , są jak maski na twarzach tchórzliwych bandytów i stadionowych łobuzów.
„…wszystko co złe , to szuka cienia, do światła dobro garnie się….” – ze starej harcerskiej piosenki
25 kwietnia 2010
Kiedy na Pasowaniu Biszkoptów miałem coś powiedzieć, nie mogłem zebrać myśli. Tak wiele chciałbym Wam powiedzieć, a tak mało mam czasu. Patrzyłem na stare mundury i byłem dumny , że tradycja w naszym Szczepie jest sprawą ważną nie tylko dla mnie. Przez wiele lat, a prowadzę Was już 37 lat, czułem wsparcie wielu osób w moich działaniach. Kiedy w czasach, gdy Armia Krajowa nie była „mile widziana” przemyciliśmy imię naszego Szczepu i Huta Warszawa ufundowała nam sztandar / 24 maja 1978 rok /. To nasz szczep jako jeden z pierwszych przywoził z Krakowa stare guziki z lilijką / na kupowanych mundurach były guziki „gołe”/. Pierwsi zaczęliśmy nosić plakietki Szczepu / nie Hufcowe, batalionu AL/. Nasze dziewczęta z wdziękiem nosiły furażerki , przypominając łączniczki i sanitariuszki Powstania Warszawskiego. Wzorem niektórych drużyn przedwojennych / np. u dh. Jana Rossmana /, w naszych szeregach mogły być osoby różnych wyznań i osoby niewierzące. Na obozach organizowane były wyjścia do kościoła , chociaż zalecenia ówczesnych władz harcerskich ostro tego zabraniały. Mało tego, my organizowaliśmy msze polowe na naszych obozach i koloniach / dostałem kiedyś za to odsunięcie od pełnienia funkcji w harcerstwie na dwa lata /. To słynna msza w Gołdapi z udziałem śp. Anny Walentynowicz. Kiedyś wam o tym opowiem. Walczyliśmy przeciw noszeniu „kwadratowych” lilijek i piaskowych koszul HSPS-u .Kto umie rozszyfrować ten skrót ?.Przyznaje , to ja przekonywałem Was, byśmy na mundurach nie nosili plakietek przynależności do organizacji światowych skautów, wpływałem na decyzje Rady Szczepu. Kiedyś powiem Wam dlaczego, ale zaufajcie mi , jeśli wierzycie , że wszystko co robiłem, robię i będę robił – robię dla dobra organizacji do której należy mój ukochany Szczep 305-ty i do której należała moja nie istniejąca już 104 drużyna, w której w 1964 roku otrzymałem krzyż harcerski nr 9831./Dawniej krzyże były numerowane/
Teraz walczymy o prawo noszenia dalej „starych” mundurów. Mundurów po naszych Rodzicach i starszych braciach i siostrach. To zaszczyt nosić stare pasy i finki , mające po 30, 40 lat. Gdyby one umiały opowiadać ! Posłuchalibyśmy o starych obozach pod namiotami z UNRY, o drużynach rozwiązanych za „solidarność” / trafił się komuś pas z opornikiem, znakiem protestu ? /, o czasach rozłamu harcerstwa….
Opozycyjność 305-tki wobec niektórych postanowień władz, łączyła nas wszystkich. Nie wolno ślepo wykonywać wszystkich rozkazów i dostosowywać się do wszystkich proponowanych zmian. Historia nas osądza , a po latach pokazuje , kto miał racje !
Zainteresujcie się , proszę, historią harcerstwa, Szarych Szeregów, historią własnego Szczepu.
Nie ma już wśród nas ks. Romana, nie ma Aleksandra Kamińskiego, nie ma dh. Jana Rossmana, nie ma „Orszy” i wielu, wielu innych wspaniałych ludzi, autorytetów dla nas harcerzy.
Ale wielu, bardzo wielu jest blisko nas, na wyciągnięcie ręki. Żołnierze Żywiciela spotykani co miesiąc na mszy „za Żywiciela”, wasi Dziadkowie i Rodzice, dawni instruktorzy harcerscy, są chętni przekazać Wam swoje doświadczenia, Rady, opowiedzieć jak to było dawniej…
Dziękuję instruktorom za spotkanie z dh. Danutą Rossman, dziękuję harcerzom starszym z odwiedzanie żołnierzy Żywiciela, dziękuję zastępowi z Oceanii, który na zeszłorocznym obozie zaprosił mnie na spotkanie o historii 305-tki.
17 kwietnia 2010
Ostatnie dni , tragiczne dla nas wszystkich , coś w nas zmieniły, dały dużo do myślenia. Odeszli na wieczną wartę ludzie , którzy byli dla nas wzorcem do naśladowania. Ludzie godni, uczciwi, wspaniali patrioci. Spontaniczne reakcje nas wszystkich zaskoczyły cały świat. Postawa harcerzy w tych trudnych dniach to wspaniała służba, która jest przecież zapisana w naszych ideałach, a którą na co dzień powinniśmy realizować w dniach szarej codzienności. Ale czy realizujemy ?
Pierwsza myśl ,która nasunęła mi się patrząc na harcerzy pod Pałacem Prezydenckim, to myśl o wodzostwie.
Pan Prezydent nasz Wódz - czy na co dzień też tak był traktowany. Czy okazywaliśmy mu należyty szacunek, nie tylko z tytułu zajmowanego stanowiska głowy państwa, ale przede wszystkim za to jakim był człowiekiem. Teraz widzimy jak wspaniałym Polakiem , patriotą , mężem stanu i bardzo ważne - mężem Pierwszej Damy Pani Marii i ojcem Pani Marty był Prezydent Lech Kaczyński. A ilu z nas wiedziało, że jako Prezydent jest Protektorem Harcerstwa Polskiego ? Ilu z nas wiedziało o działaniach Pani Marii na rzecz dzieci specjalnej troski w tym dzieci z harcerskiego NS-u ? Teraz to już przeszłość !
Ale musimy z tej gorzkiej lekcji „spieszenia się kochania ludzi , którzy tak szybko odeszli” wyciągnąć wnioski. Patrzmy dokoła siebie i szukajmy wzorców do naśladowania. Zwłaszcza my, instruktorzy harcerscy ,wychowawcy zuchów i harcerzy, musimy być przykładem dla innych. Czerpmy siłę z postaw prawdziwie patriotycznych, uczmy się pokory, ale i walki o słuszne sprawy. Jesteśmy Polakami ! Możemy czuć się europejczykami, ale biało-czerwona jest naszą flagą a orzeł naszym godłem.
Kiedy patrzyłem pod Pałacem Prezydenckim na wielu instruktorów harcerskich różnych organizacji, zadawałem sobie w duchu pytanie, a gdzie są teraz wasze dzieci. Gdzie Wasze zastępy i drużyny ? Czy w tych trudnych dniach nie powinniście być z nimi pod Pałacem , w kościołach, na cmentarzach, w harcówkach przy płonących świecach ? Waszym zadaniem jest przewodzenia , nie działanie w pojedynkę. To pierwsze jest dużo trudniejsze !
Tak jak Naród ma swego Prezydenta,
tak zastęp swego Zastępowego ,a drużyna swojego Drużynowego.
„Złym pasterzem jest ten, który sam biegnie do oazy napić się wody, pozostawiając swe stadko osamotnione na pustyni.”
Pan Prezydent nigdy nie oddalił się od własnego Narodu, mimo, że Naród czasem oddalał się od Niego. Bierzmy z niego przykład
Śpieszmy się
Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
zostaną po nich buty i telefon głuchy
tylko co nieważne jak krowa się wlecze
najważniejsze tak prędkie że nagle się staje
potem cisza normalna więc całkiem nieznośna
jak czystość urodzona najprościej z rozpaczy
kiedy myślimy o kimś zostając bez niego
Nie bądź pewny że czas masz bo pewność niepewna
zabiera nam wrażliwość tak jak każde szczęście
przychodzi jednocześnie jak patos i humor
jak dwie namiętności wciąż słabsze od jednej
tak szybko stąd odchodzą jak drozd milkną w lipcu
jak dźwięk trochę niezgrabny lub jak suchy ukłon
żeby widzieć naprawdę zamykają oczy
chociaż większym ryzykiem rodzić się niż umrzeć
kochamy wciąż za mało i stale za późno
Nie pisz o tym zbyt często lecz pisz raz na zawsze
a będziesz tak jak delfin łagodny i mocny
Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
i ci co nie odchodzą nie zawsze powrócą
i nigdy nie wiadomo mówiąc o miłości
czy pierwsza jest ostatnią czy ostatnia pierwszą
ks. Jan Twardowski
|